Rosyjski atak rakietowy pociskiem balistycznym średniego zasięgu „Oreshnik” na cele w obwodzie lwowskim, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Polską, nie był przypadkowy i miał jasno określonego adresata. Należy go postrzegać przede wszystkim jako sygnał skierowany do Polski. Taką ocenę wyraził były minister obrony narodowej RP Janusz Onyszkiewicz.
Według Onyszkiewicza, Rosja próbowała zademonstrować swoje możliwości uderzeniowe w kontekście dyskusji o roli Rzeszowa jako jednego z kluczowych centrów logistycznych wsparcia Ukrainy, w szczególności w scenariuszach po ewentualnym zawieszeniu broni. Według Onyszkiewicza, Kreml chciał pokazać, że dysponuje środkami rażenia zdolnymi dosięgnąć obiektów tego typu w Polsce, a jednocześnie trudnymi do przechwycenia przez nowoczesne systemy obrony powietrznej.
Jednocześnie były szef polskiego Ministerstwa Obrony podkreślił, że taki pokaz siły nie będzie miał praktycznego wpływu na politykę Warszawy. Polskie podejście do wspierania Ukrainy pozostaje konsekwentne i niezmienne, pomimo wszelkich prób zastraszania ze strony Rosji.
Onyszkiewicz przywołał również paralele z wydarzeniami z września ubiegłego roku, kiedy rosyjskie drony naruszyły w nocy polską przestrzeń powietrzną. Jak wtedy, tak i teraz, jego zdaniem, nie był to prawdziwy atak bojowy, a jedynie presja psychologiczna: ani Oresznik, ani drony nie posiadały głowicy bojowej. Była to raczej demonstracja intencji i możliwości, mająca na celu stworzenie atmosfery strachu i niepewności.
„Ale takie działania nikogo nie przestraszyły. Musimy po prostu nadal robić wszystko, co konieczne, aby wspierać Ukrainę” – podsumował były minister obrony narodowej, dodając, że brak zdecydowanej reakcji polskich władz świadczy o wyważonym i słusznym stanowisku Warszawy w obliczu wyzwań bezpieczeństwa.
Filip Wujek
Fot. Fragmenty Oresznika, które spadły w okolicach Lwowa. Źródło: SBU








