Dla Rosji każde pęknięcie w stosunkach między Kijowem a Warszawą jest okazją do jego poszerzenia. Ukraina i Polska mogą spierać się o historię, zboże, deklaracje polityczne czy stosunek do ukraińskich uchodźców. To naturalne dla dwóch sąsiednich państw o dość trudnej przeszłości i bliskich więzach kulturowych. Problem zaczyna się, gdy w te spory ingeruje strona trzecia, zainteresowana nie pojednaniem, lecz przedłużaniem konfliktu tak długo, jak to możliwe.
Moskwa nie wymyśliła problemów ukraińsko-polskich. Rozwój wydarzeń na Wołyniu w latach II wojny światowej, działność UPA i Armii Krajowej, spory wokół ekshumacji ofiar, protesty polskich rolników czy dyskusje o ukraińskich uchodźcach istnieją niezależnie od Kremla. Ale rosyjska propaganda bierze rzeczywiste problemy, wyrywa je z kontekstu, dodaje emocje, przesadę lub kłamstwa – i zwraca je społeczeństwu jako dowód na to, że Ukraińcy i Polacy są rzekomo skazani na wrogość.
Dlatego też najskuteczniejsza dezinformacja często opiera się nie na całkowitej fikcji, lecz na prawdziwym temacie, do którego dodaje się odpowiednie akcenty.
Historia jako punkt najbardziej bolesny
Najłatwiej kłócić się tam, gdzie już jest ból. Wołyń jest takim tematem w stosunkach polsko-ukraińskich od dziesięcioleci.
W lipcu 2026 roku Rada ds. Odporności na Dezinformację ostrzegła przed wzrostem liczby dezinformacji i materiałów manipulacyjnych związanych z tragedią wołyńską. Strona polska zwróciła również uwagę na publikację przez rosyjską FSB rzekomo nowych materiałów archiwalnych dotyczących wydarzeń z 1943 roku, których wiarygodność została zakwestionowana przez polskich historyków.
Dla rosyjskiej propagandy korzystne jest mówienie o Wołyniu nie językiem historycznego dialogu, lecz językiem wzajemnych oskarżeń. Sprowadzanie złożonego tematu do prostych formułek: „Ukraińcy nienawidzą Polaków” albo „Polacy Ukraińcom nigdy nie wybaczą”.
W ten sposób kontekst, praca historyków i próby zrozumienia znikają. Pozostają tylko emocje, które łatwo mogą stać się narzędziem politycznym.
Jednocześnie błędem byłoby tłumaczenie każdej zażartej dyskusji „ręką Moskwy”. Polska prowadzi własną politykę pamięci historycznej, a niektóre zarzuty wobec strony ukraińskiej są uzasadnione. Jednak nawet oficjalna Warszawa wielokrotnie podkreślała, że tego typu tematy mogą być wykorzystywane przez rosyjską propagandę do osłabiania relacji dwustronnych.
Rosja nie zawsze stwarza problem. Często po prostu czeka, aż Ukraińcy i Polacy sami go stworzą.
„Polacy zdobędą Lwów”
Inny stary rosyjski spisek polega na tym, że Polska pomaga Ukrainie nie z solidarności czy z własnych interesów bezpieczeństwa, ale dlatego, że chce odzyskać Lwów i inne terytoria zachodniej Ukrainy.
Logika tej narracji jest prosta: Polska nie jest sojusznikiem, lecz ukrytym wrogiem. Polska pomoc wojskowa ma być przygotowaniem do okupacji, a wzmacniająca rola Warszawy to pierwszy krok w kierunku podziału Ukrainy.
W lipcu 2026 r. polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oficjalnie odrzuciło ostatnie oświadczenia Władimira Putina dotyczące rzekomych planów terytorialnych Polski i podkreśliło, że Warszawa uznaje ustalone przez społeczność międzynarodową granice Ukrainy.
U ukraińskiej publiczności taka narracja powinna budzić strach: „Polska tylko czeka na właściwy moment”.
W odniesieniu do polskiej publiczności stosowana jest teza lustrzana: „Polska za dużo daje Ukrainie, która tego nie docenia”.
Treść jest inna, ale wynik ten sam – nieufność.
Uchodźcy jako wygodny cel
Po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Polska stała się jednym z głównych celów emigracji Ukraińców uciekających przed wojną.
Stworzyło to ogromne pole do manipulacji dla rosyjskiej maszyny informacyjnej. Tematy takie jak mieszkalnictwo, praca, pomoc społeczna czy medycyna mogą łatwo przerodzić się w konflikt „nasi kontra oni”.
Wystarczy rozpowszechnić plotkę, że Ukraińcy rzekomo otrzymują więcej zasiłków od państwa polskiego, odbierają pracę lub zachowują się niewdzięcznie. Jeden konflikt wewnętrzny staje się „trendem”, pojedyncze przestępstwo – cechą charakterystyczną całego narodu.
To rozwiązanie sprawdza się szczególnie wtedy, gdy społeczeństwo jest zmęczone wojną, problemami gospodarczymi i sporami politycznymi.
W czwartym lub piątym roku wielkiej wojny teza „Ukraińcy biorą wasze” rozprzestrzenia się znacznie łatwiej niż w pierwszych miesiącach po inwazji.
Głosy radykałów zawsze brzmią głośniej
Ekstremalia są bardzo korzystne w wojnie informacyjnej.
Jeden antyukraiński wpis polskiego polityka można przedstawić ukraińskiej publiczności jako stanowisko „całej Polski”. Ostre, antypolskie oświadczenie ukraińskiego blogera można przedstawić jako dowód na to, że „wszyscy Ukraińcy tak myślą”.
Kilka tysięcy udostępnień – i marginalna opinia zaczyna przypominać opinię publiczną.
Media społecznościowe znacznie ułatwiły to zadanie. Rosyjska propaganda nie musi już przekonywać ludzi do oglądania rosyjskiej telewizji. Właściwy przekaz może pochodzić z Telegramu, Facebooka czy TikToka – czasami nawet od prawdziwego ukraińskiego lub polskiego użytkownika, który nie zna oryginalnego źródła informacji.
Latem 2025 roku Przedstawicielstwo UE na Ukrainie odnotowała wzrost liczby manipulacyjnych i dezinformacyjnych wiadomości, których celem było osłabienie relacji ukraińsko-polskich. Do ich rozpowszechniania wykorzystywano kanały Telegram, grupy na Facebooku i portale informacyjne.
Niebezpieczeństwo polega na tym, że po pewnym czasie taka propaganda zaczyna żyć własnym życiem.
Moskwa publikuje tezę. Podchwytuje ją niewielki zasób, potem kanał Telegram, bloger i zwykli użytkownicy. Pierwotne źródło znika, ale konflikt pozostaje.
Moskwa nie gra na miłości do Rosji
Celem rosyjskiej propagandy nie jest to, aby Ukraińcy czy Polacy nagle zaczęli sympatyzować z Kremlem.
To nie jest konieczne.
Człowiek może mieć negatywne nastawienie do Rosji i jednocześnie rozpowszechniać narrację, która jest dla niego korzystna:
„Polakom nie można ufać.”
„Ukraińcy są niewdzięczni”.
„Polska chce terytoriów ukraińskich”.
„Ukraińcy mieszkają w Polsce kosztem Polaków”.
Nie musisz wierzyć we wszystko. Wystarczy uwierzyć przynajmniej w część.
Dlatego głównym produktem rosyjskiej propagandy nie jest miłość do Rosji.
Jego produktem jest nieufność.
Nieufność Ukraińców do Polski. Nieufność Polaków do Ukrainy. Nieufność obywateli do instytucji państwowych. Nieufność sojuszników do siebie nawzajem.
Nie pozwolić, aby Moskwa ustalała porządek dzienny
Ukraina i Polska nie mają obowiązku zgadzać się we wszystkim.
Polacy mają prawo mówić o Wołyniu. Ukraińcy – o własnej pamięci historycznej. Polscy rolnicy mogą bronić swoich interesów gospodarczych, a władze ukraińskie – swoich producentów.
Dobre stosunki między państwami nie oznaczają braku sporów.
Pytanie jest inne: kto będzie decydował o treści tych sporów.
Jeśli historycy, dyplomaci, dziennikarze i społeczeństwa dyskutują na złożone tematy, wciąż istnieje szansa na zrozumienie.
Jeśli są one definiowane poprzez anonimowe kanały Telegram, filmy wyrwane z kontekstu, fałszywe dokumenty i emocjonalne posty, pole do kompromisu szybko się zawęża.
Stosunki ukraińsko-polskie nie potrzebują mitu „wiecznej przyjaźni”. Historia obu narodów jest zbyt skomplikowana, by opierać się na takich formułach. Nie są one jednak skazane na „wieczną wrogość”, którą próbuje narzucić rosyjska propaganda.
Najlepszą obroną nie jest milczenie o problemach, lecz mówienie o nich własnymi słowami. Bez zbiorowej odpowiedzialności całych narodów i bez zamieniania każdego sporu w dowód, że „zawsze nas nienawidzili”.
Bo właśnie wtedy, gdy Ukraińcy i Polacy zaczynają postrzegać się nawzajem jako naturalnych wrogów, Moskwa dostaje to, czego chciała.
Filip Wujek
Fot. czaswschodni




